piątek, 14 listopada 2014

Adios pomidory!






Sok…

Przecier…

Pomidory…

Po wczorajszej jodze taki przetarty pomidor od Pana Z. (choć nie ten sam) uratował moje ciało i duszę…

Żelazo, witaminy, potas, i likopeny…
Zrobiłam swój przecier z małych, podłużnych pomidorków z Ryczywołu, choć niestety już zakończyli zbiory na ten rok… Tym bardziej cenne będzie dla mnie tych kilka słoiczków!
Tradycyjną metodą zrobiony, przez sito przetarty…

Ale starczy tylko na kilka sesji jogi…

Choć podobno dobry jest sok od Fortuny… może Wy coś wiecie na ten temat?



czwartek, 13 listopada 2014

Taki tam jesienny lord...



… zwykłe ziemniaki…

Takie tam… ale ja powiem: wcale nie są takie niezwykłe…
Po uwielbieniu dla królowej, teraz mamy lordy…

Odmiana ziemniaków bardzo wczesnych, typu AB – sałatkowo-wszechstronnie użytkowego.

Obrane, na wpół ugotowane i następnie upieczone w towarzystwie oleju rzepakowego na termoobiegu i opiekaniu od góry w temperaturze 170 st. C.…


Och! Jesienny Lordzie, skradłeś mi duszę…

środa, 12 listopada 2014

Orkiszu w czekoladzie mi daj...




No to teraz inaczej…

Przyjęłam do wiadomości sugestię siostry, jakoby rolada czekoladowa z preparowaną kaszą jaglaną była za twarda. Poczyniłam eksperymenta i tym razem przygotowałam ciasteczka z preparowanym orkiszem i rodzynkami.

Czekolada po kąpieli wodnej została uzupełniona orkiszem i rodzynkami, wymieszano i uformowano małe, płaskie ciasteczka czekoladowe…

No i chyba dużo lepsze niż rzeczona rolada… 

wtorek, 11 listopada 2014

Tak! Jestem Niepodległa!



Jestem niepodległa…

Jestem biało-czerwona…

Jestem otulona śmietaną i truskawkami niczym świat dzisiaj jesienną słotą…

Jestem biała, jak odremontowana kamienica na rogu ulic Mokotowskiej i Wilczej. Kiedyś zabudowa Mokotowskiej kończyła się na wysokości Pięknej, a niezabudowana część terenów przylegających do ulicy obsadzona była sadami i ogrodami warzywnymi, występowały też stawy hodowlane… Podczas powstania warszawskiego rejon ulicy tej był broniony przez batalion Ruczaj, i mimo wojennych zniszczeń Mokotowska zachowała wiele ze swego arystokratycznego charakteru.
Wilcza dawniej była drogą narolną biegnącą włóką wójtów warszawskich, którymi w XV wieku byli Wilkowie...

A dzisiaj…? Dzisiaj to piękne ulice, coraz więcej odnowionych kamienic, chodników... coraz więcej uśmiechniętych ludzi...

Kiedy wczoraj szłam Mokotowską poczułam wdzięczność, za to że ona dla mnie jest…

I dzisiaj właśnie uczcimy Naszą Niepodległą tortem…
...biało-czerwonym…
...truskawkowym…
ale przede wszystkim bezowym…


Niepodległa! Niech żyje nam!

poniedziałek, 10 listopada 2014

Królowa wiadomo... miłościwie króluje!




Jedyne placki z jabłkami, jakie znałam, to były placki z pszenicy. Teraz, kiedy pszenicy powiedziałam „NIE” przygotowałam jabłka w cieście gryczano-kukurydzianym. 

Królową mą znowu jest reneta… 
Obrałam dwa jabłka i pokroiłam na plastry w poprzek. Następnie delikatnie wykroiłam z każdego plastra gniazdo nasienne. I potem zanurzyłam w cieście, a ciasto…

Otóż ciasto:
2 szkl. mąki gryczanej
1 szkl. mąki kukurydzianej 
1 jajko 
¾ szkl. mleka
trochę wody (tak by ciasto było na tyle gęste, żeby nie spłynąć J z plastra jabłkowego)
cukier waniliowy
cukier kryształ do smaku
masło

Plastry jabłka w cieście wykładałam na patelnię rozgrzaną masłem. Tak przygotowane placki smażyłam po jednej i drugiej stronie. 

Zjadłam ze smakiem w towarzystwie zesmażonej renety. 
Reneta trochę przypalona miała smak, znany dawniej… z jabłka pieczonego w ognisku... 

Jabłka w cieście gryczano-kukurydzianym spełniły me marzenia…

sobota, 8 listopada 2014

Reneta, jesienna królowa...




Należy do starej grupy odmian uprawnych jabłoni domowych.
Można spotkać cztery klasy renety:
klasa ósma bursztynówka, 
klasa dziewiąta jednobarwna, 
klasa 10 renety czerwona,
i wreszcie jedenasta... złota...

Moja była czerwona. Listopad pieczoną renetą się zaczyna...

Jabłko przekroiłam na pół, mniej więcej na wysokości 2/3 jabłka, wydrążyłam środek i w kapeluszu również zrobiłam miejsce na miód :)

Do środka włożyłam dwie łyżki rzeczonego miodu, dwie łyżki malinowej resztki z soku – jeśli macie coś z malinami związanego, koniecznie dołóżcie, niech to będzie konfitura, albo mrożone maliny, ten smak jest niezrównany...

Zamknęłam wieczko renety i ułożyłam w małej tortownicy na papierze do pieczenia, dodałam trochę masła, wg gustu oraz plastry imbiru...

Piekłam na termoobiegu i opiekaniu od góry w temp. 150 st. C. przez 40 min.

Taka królowa na ciepło z nutką winno-miodową to najlepsze towarzystwo w słotny, jesienny wieczór...


sobota, 25 października 2014

Wytrawny, czekoladowy wieczór w dwóch espadrylach...



Przyszło nowe, wraz z espadrylem...

Mój cudowny, barowy stołek skrył espadryla pod sobą, ot co! Ale jakież było moje zdziwienie, kiedy przez przypadek odsunąwszy stołek, odwróciłam się i zobaczyłam niebieskie na słomie, leżące w tym samym miejscu, w którym było zaginęło... dematerializacja, materializacja... ach jakie było moje zdziwienie i radość zarazem...

Przyszło nowe w jednym espadrylu :)

Jesień w pełni, czytelnicy domagają się bym pichciła i pisała :) dziękuję wszystkim, którzy za mną tęsknią ;)

Otóż, czekoladowa jesień zawitała do domu mego. I w związku z tym postanowiłam kaszę jaglaną preparowaną otulić czekoladą. Ze względu na swoje działanie odkwaszające, usuwające toksyny i bogactwo mineralne (magnez, potas, wapń, wit. z grupy B) będzie wytrawnym wzmocnieniem na chłodny wieczór...

Czekoladę deserową (Wedel) dzięki uprzejmości Pani M. (merci!) rozgrzałam w kąpieli wodnej i odstawiłam do ostygnięcia. Potem dosypałam kaszy jaglanej preparowanej – nie za dużo – tak by można było swobodnie wymieszać z czekoladą. Owinęłam w papier do pieczenia formując podłużny walec. I tak przygotowany deser włożyłam do lodówki do zastygnięcia.

Po całej nocy przebywania w lodówce czekoladowa wytrawność została pokrojona w grube plastry (ok. 2-3 cm) Uwaga: plastry mogą się kruszyć, wymagana delikatność!

W dwóch espadrylach :) można zakosztować wytrawnego deseru do kawy...
w ten jesienny, chłodny wieczór...


wtorek, 21 października 2014

Ciasto gruszkowe, czyli gdzie jest mój espadryl...




Wieczór... cicho... spokojnie... i ja na swoim stołku barowym...

Siedzę, piję herbatę z różą i rozkoszuję się ciastem jogurtowym z gruszką... rozkoszuję się, ale nie całkiem... otóż myśli me zajmuje zaginiony espadryl, niebieski na słomie... zaginął rano i do tej pory nie powrócił... historię z butami miałam już nie jedną, ale z jednym, i żeby zaginionym to mi się jeszcze nie zdarzyła... cóż widać czas na nowe nadchodzi...

zdaje mi się, że u mnie  to nowe przyjdzie w jednym hiszpańskim i przepięknie niebieskim espadrylu...

A tymczasem nie o espadrylu chciałam... A o moim eksperymencie jogurtowo-gruszkowym.
Korzystałam z przepisu poleconego przez koleżankę P. - przepisu Jakuba Kuronia na ciasto jogurtowe, szybkie jak prędkość światła...

Ale ja, nie byłabym sobą, gdybym nie spróbowała czegoś nowego. Otóż... i ono... zastępstwo za mąkę pszenną: mąka kukurydziana i mąka orzechowa...

...i tak...

do ciasta użyłam, jak w oryginale, jednego jajka i jednego żółtka, potem dodałam ok. 70 gram cukru pudru, 50 ml oleju, szklankę jogurtu naturalnego (u mnie typu greckiego), łyżeczkę proszku do pieczenia, i szklankę mąki (2/3 kukurydzianej i 1/3 orzechowej – powstałej z własnoręcznego zmielenia włoskich orzechów – co oznacza, że kawałki orzechów można też w tym cieście spotkać...), a zamiast kardamonu dodałam szczyptę gałki muszkatołowej...

Bo trzeba wiedzieć, że zrobiłam ciasta z ½ porcji. Całość wg oryginalnego przepisu tutaj.

Po kolei do jajek dodałam cukier, ubiwszy na jednolitą, słoneczną masę dodałam oleju i jogurtu – rozmieszałam – następnie dodałam mąkę z proszkiem do pieczenia i wymieszałam wraz z gałką. I przelałam do małej foremki tortowej, okrągłej. Na wierzch ułożyłam gruszki pokrojone w ćwiartki. Moje ciasto było nieco bardziej lejące, więc gruszki konferencje powędrowały częściowo do środka ciasta... Ale to bez znaczenia... Piekło się zgodnie z przepisem, w 165 st. C. przez 50 min. U mnie na trybie termoobieg i dogrzewanie od dołu.

Pięknie się przyrumieniło! Skosztowałam tego gruszkowego jeszcze ciepłego... ze śmietaną bitą!

Tak sobie jedząc, myślami byłam z moim niebieskim espadrylem...
Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie ;)...