wtorek, 30 grudnia 2014

Jeszcze pod choinką, choć myślami już we Francji...



A więc jeszcze pod choinką...
Nie tylko ja, ale i moje prezenty również!
Jak było u Was? U mnie w tym roku biletowo...

Czyli: bilet na sylwestra, bilet do Paryża i bilet do kina...
no nie, oprócz tego czekolada biała z płatkiem różowym róży oraz balsam anielski do ciała aloesowego...

Tak więc widzicie... jeszcze myślami jestem pod choinką, na której zawiesiłam w tym roku plastry pomarańczy z goździkami wysuszone w piekarniku oraz serca-rękodzieła własnego szycia w szwalni...

A na ten ostatni czas 2014 roku zrobiłam sobie a`la ratatouille...
Wcale, ani to wcale nie jest to do niego podobne, ale będę tak to nazywać, bo wygląda tak samo w plasterki jak ratatouille z mego filmu ulubionego...

Otóż... pokroiłam w plasterki cienkie polędwiczkę wieprzową, champignons de Paris (tj. pieczarki) oraz ziemniaki, a na koniec na wierzch porzuciłam plasterki czosnku i brukselki. Wszystko to skropiłam dużą dozą oliwy z oliwek przez mamę z samego serca Sycylii przywiezioną... A na to zioła prowasalskie być powinny... ale ja dałam jakie miałam... a z tymi prowansalskimi mieszankami jest tak, ponoć, że tam każden kucharz ma swoją, co jest strzeżoną tajemnicą największą...

A ja dałam oregano li tylko!

Dodałam pieprzu, soli czarnej bodaj z Islandii... i włożyłam do piekarnika na ok. 40 min. do temp. 150 st. C.

i potem zajadałam się... skropiwszy posiłek lampką wina szlachetnego, białego...
Lieblich!

Dobrego ROKU!!!
2015!!!


poniedziałek, 24 listopada 2014

Z pozdrowieniem dla Tatarów ze Studzianki!



Prawie już o tej wizycie zapomniałam, przyprószył czas...

Ale jednak przyjaciele nie dali mi zapomnieć! Dziękuję za piękne fotografie i oczywiście niezapomniane wrażenia pełne radości i śmiechu...

Bardzo dziękuję za ciepłe przyjęcie w Studziance i pozdrawiam serdecznie Wszystkich!

A tak oto robiliśmy pierożki w stylu tatarskim...

Ach, łezka wzruszenia zagościła w mym oku...

piątek, 21 listopada 2014

Rozgrzej mnie... czyli ajerkoniak!



Advocat, ajerkoniak…

Receptura strzeżona…

Ale można przecież eksperymentować!

Pan J. robi wg przepisu, jak poniżej, przy założeniu oczywiście, że ja nie eksperymentowałam i nic w przepisie nie pomieszałam…

Otóż:
10 żółtek
2 szkl. cukru
cukier waniliowy
mleko zagęszczone niesłodzone (500 ml)
1 szkl. mleka
¼ litra spirytusu

Na początek żótłka ubijamy z cukrem i cukrem pudrem. Mleko przegotowane i ostudzone, mieszamy z mlekiem zagęszczonym. Po wymieszaniu, mieszamy z ubitymi żółtkami. I na sam koniec, cały czas miksując na wolnych obrotach, dolewamy powolnym, naprawdę powolnym strumieniem spirytus… Ma być tak wolno, że niemal sączy się kroplami… Co zapobiec może ewentualnemu zepsuciu się, czyli zwarzeniu trunku, na skutek ścięcia się białka…

No i?
…do kawy, do deseru, do osłodzenia sobie chłodnego, listopadowego wieczoru...


środa, 19 listopada 2014

Daleki krewny kremu z Katalonii


Kto powiedział, że budyń nie jest krewnym crema catalana, albo creme brule…

Moim zdaniem budyń – szczególnie karmelowy – jest godzien bycia kuzynem wspomnianych wyżej. 
Szczególnie zaś, jeśli skarmelizować na nim cukier brązowy, typu demarrera…

Ech… karmel… caramel…


poniedziałek, 17 listopada 2014

Z miłości do kuchni...


Jeśli czujecie, że uleciał z Was zapał, że Wasza miłość do przyrządzanych przez Was potraw staje się coraz bardziej wątła...
Ja znalazłam remedium na podbudowanie tej miłości...
Tym razem sama, z własnej woli, uszyłam sobie towarzysza do kulinarnych podróży po mojej kuchni... Takiego, który będzie mi pomagał w przelewaniu miłości do każdego składnika, do każdej potrawy, którą przyjdzie mi w najbliższym czasie przygotować...
Z miłością oczywiście!

piątek, 14 listopada 2014

Adios pomidory!






Sok…

Przecier…

Pomidory…

Po wczorajszej jodze taki przetarty pomidor od Pana Z. (choć nie ten sam) uratował moje ciało i duszę…

Żelazo, witaminy, potas, i likopeny…
Zrobiłam swój przecier z małych, podłużnych pomidorków z Ryczywołu, choć niestety już zakończyli zbiory na ten rok… Tym bardziej cenne będzie dla mnie tych kilka słoiczków!
Tradycyjną metodą zrobiony, przez sito przetarty…

Ale starczy tylko na kilka sesji jogi…

Choć podobno dobry jest sok od Fortuny… może Wy coś wiecie na ten temat?



czwartek, 13 listopada 2014

Taki tam jesienny lord...



… zwykłe ziemniaki…

Takie tam… ale ja powiem: wcale nie są takie niezwykłe…
Po uwielbieniu dla królowej, teraz mamy lordy…

Odmiana ziemniaków bardzo wczesnych, typu AB – sałatkowo-wszechstronnie użytkowego.

Obrane, na wpół ugotowane i następnie upieczone w towarzystwie oleju rzepakowego na termoobiegu i opiekaniu od góry w temperaturze 170 st. C.…


Och! Jesienny Lordzie, skradłeś mi duszę…

środa, 12 listopada 2014

Orkiszu w czekoladzie mi daj...




No to teraz inaczej…

Przyjęłam do wiadomości sugestię siostry, jakoby rolada czekoladowa z preparowaną kaszą jaglaną była za twarda. Poczyniłam eksperymenta i tym razem przygotowałam ciasteczka z preparowanym orkiszem i rodzynkami.

Czekolada po kąpieli wodnej została uzupełniona orkiszem i rodzynkami, wymieszano i uformowano małe, płaskie ciasteczka czekoladowe…

No i chyba dużo lepsze niż rzeczona rolada… 

wtorek, 11 listopada 2014

Tak! Jestem Niepodległa!



Jestem niepodległa…

Jestem biało-czerwona…

Jestem otulona śmietaną i truskawkami niczym świat dzisiaj jesienną słotą…

Jestem biała, jak odremontowana kamienica na rogu ulic Mokotowskiej i Wilczej. Kiedyś zabudowa Mokotowskiej kończyła się na wysokości Pięknej, a niezabudowana część terenów przylegających do ulicy obsadzona była sadami i ogrodami warzywnymi, występowały też stawy hodowlane… Podczas powstania warszawskiego rejon ulicy tej był broniony przez batalion Ruczaj, i mimo wojennych zniszczeń Mokotowska zachowała wiele ze swego arystokratycznego charakteru.
Wilcza dawniej była drogą narolną biegnącą włóką wójtów warszawskich, którymi w XV wieku byli Wilkowie...

A dzisiaj…? Dzisiaj to piękne ulice, coraz więcej odnowionych kamienic, chodników... coraz więcej uśmiechniętych ludzi...

Kiedy wczoraj szłam Mokotowską poczułam wdzięczność, za to że ona dla mnie jest…

I dzisiaj właśnie uczcimy Naszą Niepodległą tortem…
...biało-czerwonym…
...truskawkowym…
ale przede wszystkim bezowym…


Niepodległa! Niech żyje nam!

poniedziałek, 10 listopada 2014

Królowa wiadomo... miłościwie króluje!




Jedyne placki z jabłkami, jakie znałam, to były placki z pszenicy. Teraz, kiedy pszenicy powiedziałam „NIE” przygotowałam jabłka w cieście gryczano-kukurydzianym. 

Królową mą znowu jest reneta… 
Obrałam dwa jabłka i pokroiłam na plastry w poprzek. Następnie delikatnie wykroiłam z każdego plastra gniazdo nasienne. I potem zanurzyłam w cieście, a ciasto…

Otóż ciasto:
2 szkl. mąki gryczanej
1 szkl. mąki kukurydzianej 
1 jajko 
¾ szkl. mleka
trochę wody (tak by ciasto było na tyle gęste, żeby nie spłynąć J z plastra jabłkowego)
cukier waniliowy
cukier kryształ do smaku
masło

Plastry jabłka w cieście wykładałam na patelnię rozgrzaną masłem. Tak przygotowane placki smażyłam po jednej i drugiej stronie. 

Zjadłam ze smakiem w towarzystwie zesmażonej renety. 
Reneta trochę przypalona miała smak, znany dawniej… z jabłka pieczonego w ognisku... 

Jabłka w cieście gryczano-kukurydzianym spełniły me marzenia…

sobota, 8 listopada 2014

Reneta, jesienna królowa...




Należy do starej grupy odmian uprawnych jabłoni domowych.
Można spotkać cztery klasy renety:
klasa ósma bursztynówka, 
klasa dziewiąta jednobarwna, 
klasa 10 renety czerwona,
i wreszcie jedenasta... złota...

Moja była czerwona. Listopad pieczoną renetą się zaczyna...

Jabłko przekroiłam na pół, mniej więcej na wysokości 2/3 jabłka, wydrążyłam środek i w kapeluszu również zrobiłam miejsce na miód :)

Do środka włożyłam dwie łyżki rzeczonego miodu, dwie łyżki malinowej resztki z soku – jeśli macie coś z malinami związanego, koniecznie dołóżcie, niech to będzie konfitura, albo mrożone maliny, ten smak jest niezrównany...

Zamknęłam wieczko renety i ułożyłam w małej tortownicy na papierze do pieczenia, dodałam trochę masła, wg gustu oraz plastry imbiru...

Piekłam na termoobiegu i opiekaniu od góry w temp. 150 st. C. przez 40 min.

Taka królowa na ciepło z nutką winno-miodową to najlepsze towarzystwo w słotny, jesienny wieczór...


sobota, 25 października 2014

Wytrawny, czekoladowy wieczór w dwóch espadrylach...



Przyszło nowe, wraz z espadrylem...

Mój cudowny, barowy stołek skrył espadryla pod sobą, ot co! Ale jakież było moje zdziwienie, kiedy przez przypadek odsunąwszy stołek, odwróciłam się i zobaczyłam niebieskie na słomie, leżące w tym samym miejscu, w którym było zaginęło... dematerializacja, materializacja... ach jakie było moje zdziwienie i radość zarazem...

Przyszło nowe w jednym espadrylu :)

Jesień w pełni, czytelnicy domagają się bym pichciła i pisała :) dziękuję wszystkim, którzy za mną tęsknią ;)

Otóż, czekoladowa jesień zawitała do domu mego. I w związku z tym postanowiłam kaszę jaglaną preparowaną otulić czekoladą. Ze względu na swoje działanie odkwaszające, usuwające toksyny i bogactwo mineralne (magnez, potas, wapń, wit. z grupy B) będzie wytrawnym wzmocnieniem na chłodny wieczór...

Czekoladę deserową (Wedel) dzięki uprzejmości Pani M. (merci!) rozgrzałam w kąpieli wodnej i odstawiłam do ostygnięcia. Potem dosypałam kaszy jaglanej preparowanej – nie za dużo – tak by można było swobodnie wymieszać z czekoladą. Owinęłam w papier do pieczenia formując podłużny walec. I tak przygotowany deser włożyłam do lodówki do zastygnięcia.

Po całej nocy przebywania w lodówce czekoladowa wytrawność została pokrojona w grube plastry (ok. 2-3 cm) Uwaga: plastry mogą się kruszyć, wymagana delikatność!

W dwóch espadrylach :) można zakosztować wytrawnego deseru do kawy...
w ten jesienny, chłodny wieczór...


wtorek, 21 października 2014

Ciasto gruszkowe, czyli gdzie jest mój espadryl...




Wieczór... cicho... spokojnie... i ja na swoim stołku barowym...

Siedzę, piję herbatę z różą i rozkoszuję się ciastem jogurtowym z gruszką... rozkoszuję się, ale nie całkiem... otóż myśli me zajmuje zaginiony espadryl, niebieski na słomie... zaginął rano i do tej pory nie powrócił... historię z butami miałam już nie jedną, ale z jednym, i żeby zaginionym to mi się jeszcze nie zdarzyła... cóż widać czas na nowe nadchodzi...

zdaje mi się, że u mnie  to nowe przyjdzie w jednym hiszpańskim i przepięknie niebieskim espadrylu...

A tymczasem nie o espadrylu chciałam... A o moim eksperymencie jogurtowo-gruszkowym.
Korzystałam z przepisu poleconego przez koleżankę P. - przepisu Jakuba Kuronia na ciasto jogurtowe, szybkie jak prędkość światła...

Ale ja, nie byłabym sobą, gdybym nie spróbowała czegoś nowego. Otóż... i ono... zastępstwo za mąkę pszenną: mąka kukurydziana i mąka orzechowa...

...i tak...

do ciasta użyłam, jak w oryginale, jednego jajka i jednego żółtka, potem dodałam ok. 70 gram cukru pudru, 50 ml oleju, szklankę jogurtu naturalnego (u mnie typu greckiego), łyżeczkę proszku do pieczenia, i szklankę mąki (2/3 kukurydzianej i 1/3 orzechowej – powstałej z własnoręcznego zmielenia włoskich orzechów – co oznacza, że kawałki orzechów można też w tym cieście spotkać...), a zamiast kardamonu dodałam szczyptę gałki muszkatołowej...

Bo trzeba wiedzieć, że zrobiłam ciasta z ½ porcji. Całość wg oryginalnego przepisu tutaj.

Po kolei do jajek dodałam cukier, ubiwszy na jednolitą, słoneczną masę dodałam oleju i jogurtu – rozmieszałam – następnie dodałam mąkę z proszkiem do pieczenia i wymieszałam wraz z gałką. I przelałam do małej foremki tortowej, okrągłej. Na wierzch ułożyłam gruszki pokrojone w ćwiartki. Moje ciasto było nieco bardziej lejące, więc gruszki konferencje powędrowały częściowo do środka ciasta... Ale to bez znaczenia... Piekło się zgodnie z przepisem, w 165 st. C. przez 50 min. U mnie na trybie termoobieg i dogrzewanie od dołu.

Pięknie się przyrumieniło! Skosztowałam tego gruszkowego jeszcze ciepłego... ze śmietaną bitą!

Tak sobie jedząc, myślami byłam z moim niebieskim espadrylem...
Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie ;)...

poniedziałek, 21 lipca 2014

niedziela, 13 lipca 2014

Owsiane daj co masz...



Owsiane daj co masz...

Ciasteczka owsiane powstały znowu z inspiracji Pani P. O dzięki wielkie! Choć bazują na przepisie Nigelli (tutaj).
Chciałoby się powiedzieć, daj co masz...
I tak! Niezbędnym do ciasteczek jest na pewno mleko skondensowane 500 g i dwie łyżki miodu, no i oczywiście płatki owsiane, jak sama nazwa wskazuje...

Proporcje mogą być różne, ale jak podaje źródło, zawsze suchego towaru jest ok. 670 g. Z przewagą oczywistą płatków owsianych.
W moich ciasteczkach zagościły orzechy laskowe, figi suszone, ziarna sezamu, migdały, suszone śliwki, żurawina...

Mleko podgrzałam z miodem (nie musi się zagotować!), a następnie wymieszałam z suchymi dodatkami. Wyłożyłam na dużą blachę, płaską, z piekarnika, wyłożoną papierem. Uładziłam masę ręką, tak najlepiej wyczuć, czy jest równo. Zresztą tak najbardziej lubię :) czuć to, co się robi...
Wstawiłam do piekarnika na 60 min. do temperatury 130 st. C. i po upieczeniu odczekałam 15 min. Po czym pokroiłam całość na nieduże kawałki o kształcie prostokątów.

Batony owsiane, małe, większe, cieńsze, grubsze...

Nieistotne...

Najważniejsze, że śniadanie smakowało...


czwartek, 10 lipca 2014

Sezonowe pesto



W sezonie na sałaty najbardziej lubię jeść rukolę…

No to zrobiłam sobie pesto z rukoli. Z dodatkiem liścia radiccio10 dkg rukoli wykorzystałam, wcześniej umywszy. Uwaga: umyć dobrze, jeśli korzystacie z rukoli prosto z pola jakiegokolwiek (piach potrafi zniszczyć nawet najlepsze wrażenie smakowe). Moja rukola od Majlerta potrzebowała długiego mycia, bo wiadomo… była prosto z pola…

A więc… wracając do meritum dania. Liście pokrojone wrzuciłam do blendera, dolałam oliwę z oliwek ok. ½ szklanki, dołożyłam pestki sezamu (z konieczności, bo zaobserwowałam brak orzeszków piniowych) i zblendowałam. Rukolowa masa została posolona i mocno przyprawiona pieprzem.

Do makaronu spaghetti z kukurydzy rumuńskiej (sprawozdano na opakowaniu, że nie GMO) dodałam rukolowe pesto z wiórkami parmezanu.
Kwitnące części rukoli wraz z pesto zjedzone ze smakiem…

wtorek, 8 lipca 2014

Na pomarańczowo!


Wczoraj pracowałam z kolorem pomarańczowym...
Od Panów z Weselnego Drink Baru dostałam spersonalizowanego drinka bezalkoholowego.

Czyli, że pomarańczowy sok, cząstki pomarańczy i limonki, sok cytrynowy, sok jabłkowy, koktajl truskawkowy. No i masa kostek lodu... Z przybraniem, a jakże... pomarańczowym! A w jakich to proporcjach?? Święty raczy wiedzieć...

Drink dostaje moją rekomendację! :)

piątek, 4 lipca 2014

Gryczany Pasztet Znakomity



Pasztet gryczany jest znakomity. Ojcem i matką założycielką tego sukcesu jest Pani P., dla której wypisuję niniejszym poniższe, ku pamięci…

To Ona zaszczepiła we mnie tę pasztetową ochotę!

Mój pasztet „na oko” robiony… Wasz pasztet – Wasze proporcje! A mój pasztet?

Powinien był mieć w sobie 40 dkg kaszy gryczanej20 dkg sera typu feta i cztery jajka. Plus różne dodatki… A co miał mój pasztet w sobie? Wszystkiego było „na oko”. I tak…
Użyłam kaszę gryczaną ugotowaną wcześniej w innym celu. Stąd nie wiem, ile jej było dokładnie. Bo i nie pokusiłam się o zważenie tejże… Więc kasza gryczana. Do tego dołożyłam, startą na grubej tarce, cukinię małą, rzecz by można ok. sztuk dwie. Dodałam też pokrojoną pieczarkę – może sztuk trzy – taką resztkę, która została mi z zapiekankia więc była już podsmażona…
Dodałam zioła: tymianek, bazylię i miętę…
Zmieszałam wszystko razem, tj.:
Kaszę gryczaną
Rozbite jajka
Ser typu feta
Zioła
Cukinię
Pieczarki

Moją masę pasztetową doprawiłam pieprzem i wylałam do wyłożonej papierem blaszki podłużnej, keksowej…
Piekłam w temperaturze 160 st. C. przez 40 minut. Na koniec wrzucając piekarnik na bieg opiekania od góry.
Hmmm…
W pasztecie odczuwalna szczypta tymiankowej miłości…


środa, 2 lipca 2014

W lesie... one tam są!





Jeśli nie wierzycie, że one tam są, zróbcie to!
Idźcie tam, one tam są!

Jagody tam są...
Idźcie do lasu i poszukajcie!
Widziałam na własne oczy, a moje własne ręce dotykały krzaczków i zrywały lipcowe owoce...
Kubki smakowe cieszyły się, że byłam w lesie!

No i na zakupach lodowych w sklepie, gdzie sprzedają Algidę staciatella...


poniedziałek, 30 czerwca 2014

Z serii ciasto marchewkowe... Tym razem w lesie!







Tym razem trochę inaczej, bo z mąką kukurydzianą.
Ale reszta wg poprzedniego przepisu, czyli:
2 szkl mąki (dzisiaj kukurydzianej)
2 szklcukru
2 szkl. marchewki 
1 szkl. oleju z pestek winogron
4 jajka
2 łyżeczki proszku do pieczenia
1 łyżeczka sody 
2 łyżeczki cynamonu (albo na oko może być i więcej, bo im więcej tym lepiejJ)
1 łyżka pokrojonej żurawiny, 
czekolada gorzka
skórka pomarańczowa
Najpierw ubiłam jajka z cukrem, a kiedy masa była gładka i puszysta dodałam mąkę, proszek do pieczenia, sodę, cynamon i olej. Żurawina i czekolada starta na tarce stanowi niekonieczny dodatek w cieście. Na sam koniec marchew. Potem włożyłam do nagrzanego piekarnika. Do temperatury 175 st. C na 50 min. Na koniec 5 min. opiekania od góry. Tym razem przygotowałam ciasto w tortownicy z otworem kominowym pośrodku.
I na sam koniec polałam czekoladą z orzechami, rozpuszczoną w kąpieli wodnej…
I…wyszło dobrze i szybkoJ!

czwartek, 26 czerwca 2014

Hummus & tahini




Tahini, czyli pasta sezamowa, którą przygotowałam własnoręcznie, używając do niej szklankę ziaren sezamu i pół szklanki oliwy z oliwek, posłużyła mi do zrobienia hummusu.

Otóż tahini przygotowałam w blenderze, takim kielichowym, co to się stawia na robota kuchennego. Ale najpierw podsmażyłam na patelni suchej sezam. Podobno im bardziej się go podsmaży, tym bardziej gorzkie jest tahini... i coś w tym jest. Moje wyszło z dużą dozą goryczki! Wsypałam ziarna sezamu do blendera i pozwoliłam im się trochę utrzeć, trochę się z nich "dymiło" a blender stawał się coraz bardziej gorący... ale dało radę, wkrótce, niedługo dodałam oliwę i ubijało się tahini 5 minut w blenderze.

Tak zrobione tahini przełożyłam do słoiczka. A potem do blendera włożyłam dwie szklanki suszonej cieciorki (wcześniej namoczonej przez czas jakiś... powiedzmy 12 lub 24 godz. i potem gotowanej przez 20-30 minut), dwa rozgniecione ząbki czosnku, 1/2 łyżeczki soli do smaku i tahini - 1/2 szklanki, a i jeszcze sok z cytryny - też 1/2 szklanki. No i oliwa z pierwszego tłoczenia do udekorowania gotowej pasty.

I te składniki blendowałam ok. 5 minut, aż masa uzyskała konsystencję kwaśnej śmietany.
Obydwa przepisy na radą May S. Bsisu z Kuchni arabskiej.

Naprawdę, nie mogę uwierzyć, że tahini jest takie wdzięcznie proste...
A hummus tak dobry!

wtorek, 24 czerwca 2014

Biszkopt otulony czekoladą z dobrymi recenzjami...



Biszkoptowy tort przygotowany na bazie portugalskiego przepisu stąd, lekki jak piórko.

Osiem żółtek plus cztery całe jajka. Do tego osiem czubatych łyżek mąki kukurydzianej. I 250 gram cukru pudru lub miałkiego do wypieków.

Najpierw ubijamy jajka na puszysto, dokładając powoli po łyżce cukru. Następnie jak masa będzie puszysta - po około 10 minutach (tyle wytrzymałam tym razem), bo można i 13 minut... delikatnie dosypujemy po łyżce mąki delikatnie mieszając.

Gdy wszystko już ze sobą gra, wylewamy masę do tortownicy - ja wylałam do pełnej bez komina pośrodku tym razem - wyłożywszy brzegi uprzednio pergaminem - nastręczyło mi to trudu, ale udało się! No i następnie do nagrzanego piekarnika do 180 -200 st. włożyłam. Piekłam tak 35 min. Nic nie pomogło mi tym razem przykrycie pergaminem na kolejne 10 min. pieczenia w 180 st., bo biszkopt opadł był w środku. Jednak ładnie się przypiekł. Odstawiłam do wystygnięcia.

Następnie go przekroiłam nożem strunowym do tortów (nawiasem mówiąc - cudowny przyrząd kuchenny).
Środeczek, pomiędzy biszkoptami, wyłożyłam bitą śmietaną razy sztuk dwie (piątnica do deserów 36%). Prósząc pokrojonymi sezonowymi owocami - u mnie truskawkami.

No i do tego polewa czekoladowa - gorzka czekolada i trochę czekolady z kawą. I gotowe!

A i zapomniałabym...
I oczywiście mięta do przybrania, bo bez niej nie byłoby tak orzeźwiająco...

No, no, no...
Zadziwiająco lekki...
Torcik zebrał wciągające recenzje...


niedziela, 22 czerwca 2014

Omlet na przesmaczny poranek


Niby taki prosty omlet, a odsłony mogą być różne...

Omlet z żółtek z dodatkiem mąki kukurydzianej (dwie-trzy łyżki).

Było ich osiem (żółtek z bezy) dodałam jeszcze dwa jajka, bo chciałam mieć białka z jajka. Białka powyższe ubiłam i delikatnie wymieszałam z żółtkami doprawionymi mąką kukurydzianą.

I tak oto improwizowałam w mojej kuchni...

Podałam z odrobiną śmietany, przetworu truskawkowego, borówki amerykańskiej (bo w lesie nie było jagód:( ) no i listkami mięty własnej hodowli ogrodowej...

Smak mięty i cóż za aromat...
Przesmaczny poranek!



sobota, 21 czerwca 2014

Z wisienką pianka... czyli wspomnienie gdańskiego sernika...



Goldwasser Cafe na ulicy Długiej w Gdańsku...
Na wspomnienie pięknego wnętrza kawiarni, słodkiego sernika z pianką w towarzystwie wiśni pojawia się ślinka w ustach...
I na dokładkę właściwa stacja radiowa w głośnikach...
Czegóż chcieć więcej?

Słodka część Gdańska przypadła nam do gustu...

środa, 18 czerwca 2014

Żelujące 1:1... czyli... takie tam zwykłe przetwory truskawkowe...




?Czy zwykłe życie nie nabiera smaku, kiedy jest takie najzwyczajniej zwykłe...?

Kiedy najzwyczajniejszy mąż w przytupanych kapciach ogląda w tiviset sportowe wyczyny, bo lubi...
Kiedy najzwyczajniejsza żona w domowym dresiku biega po kuchni, bo lubi...

Użyłam:
cukier żelujący 1:1
1 kg truskawek
i to wszystko!

Kilogram truskawek obszypułkowałam i pokroiłam na cztery części każdą, no prawie każdą, z nich.. Zmieszałam z cukrem i pomieszałam, odstawiłam na 40 minut (czyli zignorowawszy przepis z opakowania cukru, gdzie była mowa o 3 lub 4 godzinach...) a potem zagotowałam już według przepisu, około 4 minut ciągle mieszając. Odstawiłam z ognia i wlałam do słoiczków. Siedmiu słoiczków... Po wystygnięciu słoiczki przełożyłam do mojej czarnej, przepastnej spiżarni...

?Czy zwykłe życie nie nabiera smaku, kiedy jest takie najzwyczajniej zwykłe...?

Kiedy najzwyczajniej w świecie, siadają sobie wieczorem z deserem słodkim przyprawionym przetworem truskawkowym?

Tak, to ten właśnie zwykły przetwór czyni życie niezwykłym...

Wtedy najzwyczajniejsze w świecie życie nabiera truskawkowego, słodko-lodowego smaku...

wtorek, 17 czerwca 2014

niedziela, 8 czerwca 2014

Co to jest Cafe de Paris i czy można to kupić w Wolfsburgu...



Cafe de Paris...Pierś Cafe de Paris...

A cóż to takiego??

Cafe de Paris to mieszanka przypraw, którą zasila m.in. kumin, kurkuma, kolendra, chili, wanilia, rozmaryn...Eklektyczna, no to można ją dostać również w innej części Europy niż Paryż. Można też kupić w Wolfsburgu, co też uczyniłam..

A następnie użyłam do nadziewanej piersi z kuczaka a`la Cafe de Paris:)

Niezbędne:
pół piersi z kurczaka
pomidor
dwa plastry szynki
rukola
szałwia
parmezan
cukinia
oliwa z oliwek
sól, pieprz, przyprawa Cafe de Paris

Do piersi przekrojonej włożyłam wiórki parmezanu, plastry pomidora, rukolę. Pierś posoliłam i doprawiłam pieprzem. Delikatnie zwinęłam, nadzieniem do dołu blaszki. Na wierzch położyłam dwa plastry szynki, posypałam Cafe de Paris i okryłam listkami rukoli i szałwią. Pokropiłam oliwą i włożyłam do piekarnika na 30 min. wraz z pokrojoną cukinią i plastrami pomidora.

Dobre jedzenie...

sobota, 7 czerwca 2014

Taki zimny... i wcale nie drań!



W sam raz na gorący, wiosenny wieczór.
Sernik na zimno!

Składniki niezbędne:
4 serki homogenizowane, naturalne
1/2 szkl. cukru pudru
cukier waniliowy
żelatyna (2 łyżki)
galaretka (magiczna-kolorowa owoce leśne oraz zwykła truskawkowa)

Najpierw przyrządziłam galaretkę owoce leśne i wstawiłam do lodówki. Następnie sernik, w sposób następujący: serki homogenizowane wymieszałam z żelatyną wymieszaną w jednej szklance wody, kiedy już trochę przestygła. Dodałam cukry wszelakie, tj. puder i waniliowy. Wymieszałam i wlałam do tortownicy, do której wcześniej włożyłam dowolnie rozkruszoną, gotową galaretkę leśną. Całość wstawiłam do lodówki. Kiedy już było gotowe, czyli żelatyna zrobiła swoje :) wylałam galaretkę truskawkową z drobinkami truskawek, którą wcześniej znacznie schłodziłam w lodówce.

Przyznacie, że prezentuje się znakowicie-smakowicie...

niedziela, 1 czerwca 2014

Pomarańczowe wzmocnienie w jajku...



Przyjechało do mnie w pomarańczowym samochodzie.
Naczynko silikonowe razy dwa, z pokryweczkami...

Boskie! Jeszcze raz dziękuję A. za ten energetyczny dar z serca!

Nałożyłam do niego liście szpinaku, wlałam oliwy z oliwek i wbiłam trzy całe jajka. Posypałam pieprzem, solą, papryką pikantną i salsą verde.

Włożyłam do pieca na dwie zdrowaśki, to jest ok. 30 min.

Na kolację zjadłam: cudne, lejące się pomarańczowe żółtko w silikonowej oprawie...

środa, 28 maja 2014

Smaczne i tanie... szybkie niesłychanie...



Dzisiaj do stołu podano prosto i smacznie!

Risotto z pęczaku, a pęczak z bazarku na Marymoncie…

Do dania są niezbędne:

2 szkl. pęczaku
6 – 8 pieczarek
kilka liści szpinaku
3 szparagi zielone
kostka rosołowa (taka z liściem laurowym)
pieprz
oliwa z oliwek

Na patelnię, przeznaczoną oryginalnie do paelli, wlałam dwie łyżki oliwy, kostkę rosołową i wsypałam dwie szklanki pęczaku (przepłukanego wodą). Następnie dolałam wodę, i tak dolewałam wciąż… dopóki pęczak chłonął… Po czasie jakimś – myślę, że około 10-15 min. dołożyłam pokrojone pieczarki, liście szpinaku i pokrojone szparagi. Przyprawiłam pieprzem. Całość gotowałam, monitorując pęczak i czy nie trzeba dolać kolejnej porcji wody, nie wiem ile czasu… Trzeba samemu zdecydować, kiedy pęczak jest już dla nas właściwie miękki…


Ale zdecydowanie… danie szybkie niesłychanie…

niedziela, 25 maja 2014

Szynka 2.30


Wracam z szynką...

Szynka o ciężarze właściwym 2.30 kg.

Użyłam:
szynkę
sól, pieprz
zioła suszone (oregano, tymianek)
tymianek świeżo zerwany
kolendrę suszoną
liście laurowe
miód pitny
oliwę z oliwek
smalec gęsi

Najpierw szynkę natarłam solą i pieprzem, ziołami suszonymi. Polałam oliwą oraz miodem pitnym. Odstawiłam na 12 godzin do zamarynowania.

Po tym czasie, wyjąwszy ją z lodówki natarłam jeszcze delikatnie solą i obwiązałam sznurkiem, tak aby mogła być "zwięzła". Na koniec obłożyłam liśćmi suszonymi kolendry oraz laurowymi. Polałam oliwą oraz posmarowałam smalcem gęsim (miałam jeszcze własnego wyrobu trochę... w mej przepastnej lodówce). Zakropiłam odrobiną miłości i włożyłam do piekarnika, opiekanie góra-dół, na godziny dwie i pół.

Aby podlać szynkę, nie otwierałam piekarnika więcej niż dwa razy. Dzięki czemu szynka miała bardzo dobrą atmosferę do pieczenia.

Okazała się szynką kruchą i godną naszych gustów...

sobota, 4 stycznia 2014

Pulpeciki w zupie, czyli... kolorowa Bułgaria



Zdradzę Wam tajemnicę koloooorowej zupy, która przypodróżowała do mnie z Bułgarii.

Zrobiłam porcję, którą spokojnie można nakarmić cztery do sześciu osób.

No i użyłam takich oto składników:

zupa:
2 litry wody
3 kostki rosołowe (bulionówka z liściem laurowym i zielem angielski i drobiowo-warzywna Winiary)
1 duża żółta papryka
3 duże pomidory
2 marchewki
2 wiązki szczypiorku
1/2 pęczka natki pietruszki
1 łyżka oliwy z oliwek
sól, pieprz

pulpeciki:
200 dkg mięsa wołowego (tatar Beefmaster)
garstka pęczaku (lub innej kaszy lub ryżu)
gałka muszkatołowa
papryka słodka, mielona

zaprawa zupy:
2 jajka
sok z jednej cytryny


Wodę z kostkami bulionowymi, pokrojoną w kostkę papryką, pokrojonymi w kostkę pomidorami (bez skórki), pokrojonym szczypiorkiem i marchewką w cienkie plastry pokrojoną, gotowałam przez 30 min. na wolnym ogniu pod przykrywką.

W międzyczasie przygotowałam pulpeciki. Mięsa nie musiałam doprawiać solą i pieprzem, bo to przyprawiony tatar był... dodałam natomiast sporo gałki muszkatołowej i papryki słodkiej, mielonej, pimiento dulce...oraz drobno pokojoną natkę pietruszki wraz z garstką ugotowanego wcześniej pęczaku. Otoczka z mąki na pulpecikach. Pulpeciki w zupie przez 20 min.

Po tym czasie doprawiłam zupę solą i pieprzem. I na koniec pozostało mi zaprawienie zupy roztrzęsionymi jajkami wymieszanymi z sokiem z jednej cytryny. Do tego trzeba dołożyć dwie łyżki gorącej zupy i rozmieszać. Zaprawkę wlałam do zupy i mieszałam do jej delikatnego zgęstnienia (uwaga: nie doprowadzić do zagotowania). Na koniec dodałam dwie kostki lodu pietruszkowego (czyli zamrożona w lodzie natka pietruszki). No i tak... dałam jej chwilę na rozpuszczenie, tej natce...

Kolorowa... kwaskowa...  inspirowana książkową podróżą kulinarną po Bułgarii.
Esencjonalna, bułgarska rozkosz podniebienia!